List na niedzielę Dobrego Pasterza

Czcigodny księże proboszczu, siostry zakonne, drogie dzieci, młodzieży, szanowni parafianie. Dziesiejsza IV Niedziela Wielkanocna jest obchodzona w Kościele Katolickim jako Niedziela Dobrego Pasterza – dzień szczególnej modlitwy o powołania. Właśnie rozpoczynamy tydzień modlitw o powołania.

Dlatego i klerycy naszego Seminarium w Grodnie odwiedzają różne parafie i dzielią się świadectwem swojego powołania, tym, czym się radują i żyją. Oni chcą pokazać i udowodnić dla młodych serc,  że i  dzisiaj, będąc księdzem czy siostrą zakonną można być szczęśliwym i zrealizować w powołaniu wolę Bożą.

Warto podkreślić, że Tydzień Modlitw o Powołania obejmuje nie tylko powołania do kapłaństwa, ale i życia konsekrowanego i misyjnego. Sama modlitwa o powołania także nie ogranicza się do tego jednego tygodnia w ciągu roku.

Dziękujmy za wielki dar powołania, ale prośmy Chrystusa w czasie tych świętych dni, żeby pomógł młodym ludziom nową miłością rozpoznać i pokochać powołanie i je jak najlepiej przy pomocy Ducha Świętego wypełnić. Dzisiaj modlimy się nie tylko za tych, którzy zostali powołani do służby Bogu i ludziom, ale szczegółnie o nowe i liczne powołania do żyycia kapałańskiego, zakonnego i misyjnego z tej ziemi, z naszej parafii, i z naszych rodzin. Bo prośba i wezwanie Najwyższego Pasterza: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, aby wyprawił robotników na żniwo swoje" (por. Łk 10, 1-3), jest zawsze aktualne, nawet i w dzisiejsze czasy i dni.

Jeśli dzisiaj odczuwa się brak powołań, to przede wszystkim dlatego, że młodzi ludzie nie wiedzą, co to jest powołanie. Nie wiedzą, kim jest kapłan, siostra zakonna. Nie znając istoty powołania, nie widzą jego głębokiego sensu i nie mogą się nim zafascynować. Trudno komuś odpowiedzieć trafnie, czym jest powołanie? Bo niema  jednej, dokładnej definicji. Każda odpowiedź będzie prawdziwa, ale nie wyczerpująca. Wielki Papież Jan Paweł II mówi, że powołanie- to dar i tajemnica. Ktoś powiedział, że powołanie jest bardzo delikatnym kwiatem. Trzeba je troskliwie chronić i pielęgnować. Bardzo ważną rzeczą jest rozpoznanie swojego powołania. Jednemu- Bóg od młodych lat mówi: ”Pójdź za mną”, innemu- wydaje się, że wszystko w życiu osiągnął: karierę, uznanie ludzi, i w jednej chwili rzuca to wszystko, aby oddać się całkowicie Panu Bogu. Bywa i tak, że ktoś słysząc ten głos powołania zagłusza go, chce sam według swojego uznania budować życie. Święty Augustyn,  mówiąc o swoim powołaniu, powiedział: Panie, pochwyciłeś mnie, a ja nie mogłem Ci się oprzeć. Długo biegłem, aleś ty biegł za mną. Obchodziłem naokoło, aleś wiedział o tym. Dogoniłeś mnie. Ja się broniłem. Tyś zwyciężył. Więc jestem, Panie, powiedziałem tak.

"Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało... Napewno, my młodzi tego już nie pamiętamy. My już mamy nowoczesną technikę kombajny, które tylko w parę dni, tygodni zbierają zboże na polach. Ale, kiedyś żniwa wyglądały zupełnie inaczej. Kilkadziesiąt lat wstecz żniwa mobilizowały całą rodzinę, a nierzadko także i sąsiadów. Potrzeba było dużo ludzi, aby zebrać zboże z dużego pola. Wielki to był trud, ale też wielka radość, że będzie chleb.

Żniwa są obrazem sytuacji Kościoła. Żniwo wielkie - miliony ludzi głodnych prawdy, głodnych Boga - takich, którzy nigdy o nim nie słyszeli, wielu takich, którzy od Niego odeszli. W działaniu apostolskim, w ewangelizacji świata uczestniczymy wszyscy - kapłani, zakonnicy i świeccy. Każdy z nas, uczniów Jezusa, ma głosić: "Przybliżyło się do was królestwo Boże". Chrystus nie daje jakichś szczególnych rad, wiedzy, lecz powtarza idźcie i głoście: "Przybliżyło się do was królestwo Boże" (Łk 10, 9). Oznacza to, że mamy świadczyć o Jezusie, tj. świadczyć o tym, co dokonało się w nas. Apostolstwo jest trudem podobnym do trudu żniwiarzy. Ale jest to trud radosny. Jego owocność zapewnia sam Bóg. Do tych, którzy trudzą się przy Jego żniwach, kieruje słowa nadziei: "Radujcie się wraz z Jerozolimą, weselcie się w niej wszyscy, co ją miłujecie!" ( Iz 66, 10). Niech to świadectwo, posłuży nam wszystkim ku refleksji nad tajemnicą powołania; właśnie teraz, w tych dniach, gdy modlimy się o nowe i liczne powołania do służby Bogu i ludziom. A oto wspomnienie jednej siostry zakonnej.

Gdy wspominam historię mojego powołania, przypominają mi się słowa wypowiedziane przez Karola de Foucauld: "Od momentu, gdy uwierzyłem, że Bóg istnieje, zrozumiałem, że nie mogę żyć inaczej, jak tylko dla Niego". 

Tak samo byłe ze mną. Uwierzyłam, że Bóg istnieje, gdy miałam prawie 16 lat. Wcześniej niewiele o Nim słyszałam. Rodzice po zawarciu związku małżeńskiego i ochrzczeniu dzieci przestali interesować się Panem Bogiem i Kościołem. Nie chcieli, abym uczęszczała na katechizację, uważając, że religia to coś zbędnego i nieprzydatnego w życiu. 

Kochałam swoich rodziców i z ufnością przyjmowałam ich odpowiedzi na moje pytania dotyczące wiary i Boga do czasu.
Później zaczęłam interesować się tym, co mówią o Panu Bogu moje koleżanki przygotowujące się do I Komunii św. Dzieci dokuczały mi, przezywając "niedowiarek", rodzice nie chcieli zapisać na katechizację, a ja czułam się bardzo samotna i coraz bardziej zamykałam się w sobie razem ze swoimi pytaniami i buntem. W okresie dojrzewania ten wewnętrzny konflikt nasilił się. Nie widziałam przed sobą żadnego celu. Po co żyć?

W tym czasie rozpoczęłam naukę w szkole. Siedziałam w ławce z dziewczyną, która pochodziła z rodziny bardzo wierzącej. Powoli zaprzyjaźniłyśmy się. Często mówiła o Bogu, opowiadała o spotkaniach w kościele, a ja podziwiałam jej entuzjazm i radość z życia. Pewnego dnia zaprosiła mnie na do kościoła. Byłam pełna nadziei, a jednocześnie obaw. Myślałam: oni będą tam się modlić, a ja nie potrafię! Jak zareagują? Czy mnie nie odrzucą? Poszłam z bijącym sercem. Poznałam księdza i kilkanaście innych osób - pogodnych i otwartych. Poczułam się wśród nich dobrze. Nadszedł moment modlitwy. Podaliśmy sobie ręce tworząc krąg. Popłynęły słowa modlitwy "Ojcze nasz". Oczywiście, nie znałam jej. Moje usta milczały, ale serce ze wszystkich sił wołało do mojego Ojca, który jest w niebie. Mówiło Mu o wielkiej tęsknocie za życiem prawdziwym, za miłością, która się nie kończy za kilka miesięcy czy za kilka lat, o mojej samotności i rozczarowaniach. 

Zaczęłam chodzić na Mszę św. Pociągał mnie Jezus obecny na ołtarzu, którego bardzo pragnęłam przyjąć do serca. Odnalazłam sens życia. Chciałam żyć dla Boga, który mnie kocha i którego ja kocham. Pewnej niedzieli podczas homilii usłyszałam list o powołaniu do życia zakonnego, które jest zaproszeniem do tego, aby oddać Bogu samą siebie i należeć tylko do Niego. Byłam zachwycona! Zrozumiałam, że moje pragnienia, których do tej pory nie potrafiłam sprecyzować, są zaproszeniem samego Boga.

Postanowiłam przygotować się do sakramentów świętych: pojednania, Eucharystii i bierzmowania. W przygotowaniu i załatwieniu formalności bardzo pomógł mi ksiądz, który zajmował się oazą oraz koleżanka, o której już wspominałam. Napisałam do kilkunastu zgromadzeń zakonnych z prośbą o informacje. Nie chciałam kończyć szkoły ani zdawać matury. Moim jedynym pragnieniem było wstąpić jak najprędzej do zakonu.

Jednak realizację tego pragnienia musiałam odłożyć na poźniej, ponieważ dowiedziałam się, że zawód, którego się uczę będzie mi w zakonie bardzo potrzebny. Ukończyłam tę szkołę i postarałam się o pracę w innym mieście, dosyć daleko od domu, aby móc swobodnie korespondować z różnymi zakonami, by dokonać wyboru i wstąpić.

Wybór był trudny, ale w końcu zdecydowałam się na zgromadzenie zajmujące się pracą wśród chorych, bezdomnych, najbardziej opuszczonych. Bardzo podobał mi się charyzmat i założyciel zgromadzenia. Pojechałam do domu generalnego, zostałam przyjęta i wyznaczono mi termin wstąpienia. Zrezygnowałam z pracy i kilka dni przed wstąpieniem pojechałam do domu powiedzieć o wszystkim rodzicom i pożegnać się z nimi. Rodzice poczuli się bezsilni, zrozumieli, że już nic nie mogą zrobić. Było nam bardzo ciężko, wszyscy milczeli i płakali.

Radość ze wstąpienia do zakonu była pomieszana z wielkim bólem. Obawiałam się, że rodzice nie będą chcieli mnie więcej widzieć. Razem z siostrami, które okazywały mi dużo współczucia, modliłam się w ich intencji. Wkrótce przyjechali. Uważali, że wyrządziłam im krzywdę, mieli do mnie wielki żal, ale ich miłość do mnie była silniejsza niż żal. To było bolesne spotkanie, pełne łez, ale była również i radość, że się widzimy i że jesteśmy chociaż przez kilka godzin razem. Taki stan trwał kilka lat. W tym czasie złożyłam pierwsze śluby zakonne i pracowałam w różnych placówkach zgromadzenia, służąc chorym i ubogim. Cieszyłam się, że służę bezpośrednio samemu Jezusowi w nich, ale w mojej duszy zaczęły pojawiać się wątpliwości: czy to na pewno tutaj Jezus mnie powołał? 

Pociągało mnie coraz bardziej życie ukryte, ciche, nikomu nie znane, życie modlitwy i pokuty za klauzurą zakonu kontemplacyjnego. Początkowo myślałam, że jestem przemęczona ciężką pracą fizyczną, dużą odpowiedzialnością i dlatego pragnę ciszy i modlitwy.

Postanowiłam, że odejdę. Nie było łatwo rozstać się z siostrami, które już znałam i kochałam, a pójść w nieznane. Wstąpiłam do zakonu klauzurowego, o którym niewiele wiedziałam. Znałam z lektur postacie świętych, którzy w nim żyli i bardzo ich pokochałam. Chciałam żyć w ten sam sposób. Jezus wlał w moje serce pokój i pewność, że to miejsce wybrał dla mnie, że to jest moja "ziemia obiecana", w której mam zapuścić korzenie.Wielkim przeżyciem był dla mnie dzień pierwszej profesji. Jezus - mój Oblubieniec przygotował mi piękny prezent. Po uroczystej Mszy św., na której ślubowałam Bogu czystość, ubóstwo i posłuszeństwo, mój ojciec - po ok. 30 latach nieprzystępowania do sakramentów - wyspowiadał się i przyjął Komunię św. Od tego czasu modli się i często przystępuje do sakramentów. Widać, że Jezus w nim żyje i działa. Kilka miesięcy temu złożyłam wieczystą profesję i jestem bardzo szczęśliwa. Teraz mogę powiedzieć za św. Teresą od Dzieciątka Jezus: "Ileż mam powodów, by dziękować Jezusowi, który potrafił spełnić wszystkie moje pragnienia. Teraz już nie mam żadnego, poza tym jednym, żeby do szaleństwa miłować Jezusa".

Drodzy rodzice! Pamiętajcie, że powołanie rodzi się i wzrasta przede wszystkim w rodzinie. Dlatego jeśli chcecie należycie spełnić swój obowiązek, pomóżcie swemu dziecku odczytać właściwą drogę życiową i jeśli okaże się, że jest nią droga Bożego wezwania, uznajcie to za największą łaskę dla dziecka, a jeszcze bardziej dla siebie. Następnie rodzi się dla was obowiązek pielęgnowania powołania syna, czy córki i ułatwienie dziecku spełnienia tego szczytnego posłannictwa. W ten sposób nie tylko nie tracicie swego dziecka, ale je jeszcze bardziej zachowujecie dla siebie. Kochani rodzice, jeśli Bóg nagradza hojnie za kubek wody, podany bliźniemu, to jak wielka nagroda Was czeka, jeśli przez wychowanie syna do kapłaństwa włożycie w jego dłonie kielich Krwi Pańskiej…

Droga młodzieży! Pójście za Chrystusem, wymaga odwagi, bo oznacza obranie sobie drogi twardej i trudnej, w dodatku niezbyt popularnej, ale nie obawiam się wcale, że to może was zniechęcić. I jeśli głos Boży odezwie się w Waszym sercu, wówczas nie obawiajcie się niczego, niczym się nie zniechęcajcie, nie zważajcie na nic i na nikogo, ale ochotnym sercem odpowiedzcie na Boże wezwanie, a będzie Wam dane przeżyć najpiękniejszą, najradośniejszą i najwspanialszą przygodę.

Drodzy bracia i siostry, chciałbym podziękować Wam za Wasze ofiary na Seminarium i na "dzieło powołań". Nasze Seminarium utrzymuje się tylko z waszych ofiar. Ale serdeczne słowa podziękowania kieruję do tych, którzy modlą się za nas, t. zn. wspierają nas duchowo. Ze swej strony chciałbym Was zapewnić, że codziennie całą wspólnotą modlimy się za wszystkich ofiarodawców i  dobrodziejów. Dlatego jeszcze raz, w imieniu wszystkich alumnów i księży profesorów powiedzieć szczere „Bóg zapłać.”